
Dobra, następny punkt w planie maratonu Max Max to to, co uważam za sobotnie poranne kreskówkowe podejście do tej franczyzy 😁😂😎 Ten film jest tak całkowicie zwariowany, tak maksymalnie przerysowany, że ledwo zbliża się do parodii, ale nie przekracza tego poziomu. Wziął najbardziej zwariowane elementy The Road Warrior i podkręcił je do 11 — przesadzone występy, kostiumy, bohaterowie i lokacje akustyczne, jeszcze bardziej kiczowate, jeszcze bardziej postapokaliptyczne, ten słodki, słodki mullet Mel Gibsona, i oczywiście Tina Turner w całej swojej okazałości. Lubię w tym filmie wiele rzeczy, ale to zdecydowanie mój najmniej ulubiony z serii. Jest tu dużo zabawnych akcji, szybkie tempo i ogólna maniakalna energia, ale ogólnie rzadko wracam do tej produkcji. Niesamowicie irytujący motyw grup „kibiców z lat 80.”, którzy mają dosłownie COKOLWIEK do związanego z fabułą filmu, wraca z nawiązką. To poza irytujące. Jak wchodząc do filmu z tą myślą, wręcz go psuje. Wszystko wydaje się trochę śmieszne, jakby Miller dostał odrobinę za dużo swobody. Ogólnie wciąż dużo zabawy. Jak podobał Ci się ten ostatni wpis w filmach z Gibsonem na czele? Porozmawiajmy poniżej!