
Dobrze, to pierwsze kilka godzin mojego weekendu, pomyślałem, że to idealny moment, by zaserwować kolejną porcję rodzinnej zabawy i kolejny odcinek „kto zrobił to lepiej”, remake czy oryginał?! Do rozważenia mam kultowy klasyk grozy Tobe Hoopera, The Texas Chainsaw Massacre, lub remake z 2003 roku na czele z Marcusem Nispelem. Dla wielu może to być zaskoczenie, ale dla mnie to bliższy wyścig niż można by się spodziewać. Oryginał to podręcznikowy przykład niskobudżetowej, wysokodochodowej atmosferycznej grozy. Niewiele pokazuje, ale film jest i tak absolutnie przerażający, z jednymi z najbardziej napiętych momentów w grozie. Oczywiście musimy wspomnieć o stworzeniu teraz ikonicznego i wciąż trudnego do przeskoczenia antagonisty, Leatherface’a. Remake także jest znakomity w swoim własnym right, z niepokojącą i znacznie bardziej brutalną atmosferą oraz własnym, niepokojącym tonem. Choć film trzyma się ogólnego założenia oryginału, drobne zmiany, warianty okolicznościowe i oczywiście zdrowa dawka błyskotliwych, 21-wiecznych krwawych efektów, wszystko to dodaje bardzo innego potwora. Obsada, jak w każdej wcześniej widzianej grozie, jest wymienialna, głównie pożywka dla sprytnych zabójstw, Jessica Biel radzi sobie całkiem nieźle, wypełniając ogromne buty swoją własną marką samotnej ocalałej/ostatniej dziewczyny. Uwielbiam ten film. ALE KTÓRY SZTUKI WYCHODZI NA GÓRĘ??? Muszę przyznać lekko (zaskakująco!) przewagę kultowemu oryginałowi z 1974 roku. Ma w sobie coś więcej, i bez względu na to, jak dobrze Biel odwaliła swoją robotę, Sally Marylin Burn będzie zawsze jedną z moich ulubionych wciąż występów grozy. Więc naturalnie muszę zapytać was wszystkich... O ORYGINALE CZY O REMAKE??? DLACZEGO??? Porozmawiajmy poniżej! Mam nadzieję, że wszyscy spędzacie wspaniałe Wielkanocne Święta albo po prostu relaksującą niedzielę